Wrześniowa odsłona Herbertiady

Wrześniowa odsłona Herbertiady pełna recytacji, zmysłowej zabawy, ironii i błyskotliwej gry.

 

Po miesięcznej przerwie wróciła Herbertiada do Kołobrzegu, i to wróciła wraz z ciepłym słońcem, które postanowiło przypomnieć, że lato jeszcze się nie skończyło. To już drugi rok Przeglądu w nowej, dwuczęściowej formule. Jeszcze w pamięci Herbertiadowiczów i Herbertiadożerców (jak do nas z czułością w swych smakowitych listach się zwraca Rafał Żebrowski – siostrzeniec Księcia Poetów) nie zagasły echa sierpniowego “Kamyka” bisowanego przez Natalię Sikorę wraz z zespołem pod nazwą proModern, gdy organizatorzy zaprosili na kolejną odsłonę poetyckiego przedsięwzięcia.

Warsztaty
Zaczęło się w czwartek 17 września wśród zwierciadeł Szkoły Tańca Ogniska Pracy Pozaszkolnej w Kołobrzegu. Z dalekiego Rzeszowa przybył Przemysław Tejkowski, aby poprowadzić sceniczny warsztat dla licealistów uczestniczących w Herbertiadzie. Aktor, który za sprawą “Ostatniego tanga z Herbertem” przed laty wszedł do Herbertiadowej rodziny, przez kilka godzin intensywnych zajęć wydobywał z głębi recytatorów i z głębi recytowanych przez nich tekstów to, co w tych głębiach się skrywało: emocje, sensy, nieuświadomione intencje, szepty i krzyki.

Konkurs
Jednak to, co najważniejsze, wydarzyło się w piątek 18 września. W godzinach przedpołudniowych mała sala teatralna Regionalnego Centrum Kultury im. Zbigniewa Herberta stała się areną prezentacji uczestników 21. konkursu recytatorskiego – młodzieży licealnej, reprezentującej szkoły i placówki kultury z województwa zachodniopomorskiego. Znany nam (przynajmniej z nazwy) wirus sprawił, że konkurs miał mniejszy niż zwykle zasięg terytorialny i mniejszą liczbę uczestników, wydaje się jednak, że nie udało mu się obniżyć wartości artystycznej recytatorskich prezentacji, co zgodnie stwierdzili jurorzy konkursu: aktorzy warszawskich scen Magdalena Warzecha i Aleksander Trąbczyński oraz kołobrzeska polonistka Helena Elert (tak tak – wszyscy troje należący do Herbertiadowej rodziny). Dwadzieścioro uczestników konkursu (oraz pełniąca rolę “supportu” urocza dziesięcioletnia Zosia Pryć) zaprezentowało teksty składające się na szeroką panoramę podejmowanych przez Herberta tematów i literackich form. Nagrodę Główną Przeglądu zdobył Jakub Harańczyk z Wypożyczalni Skrzydeł w Czaplinku, który ze skupionym namysłem i stosowną autoironią powiedział fragment eseju z tomu “Mistrz z Delft”. Kolejne nagrody otrzymali: pierwszą – Wiktoria Gajos z Teatru Słowa Proscenium przy Studiu Teatr w Szczecinie, za przejmującą prostotę, z którą zaprezentowała “Trzy wiersze z pamięci”; drugą – Inez Wilczewska, szczecinianka ze Studia Teatr Iwony Mirońskiej Gargas, za wyrazistą i dowcipną opowieść o tym, co “Przyszło do głowy”; trzecią – Wiktoria Bazarewska z Proscenium, za przekonujące do bólu spotkanie ze śmiercią w wierszu “Biały kamień”. Ponadto jurorzy przyznali równorzędne wyróżnienia dla dwojga reprezentantów Klubu 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej: Laury Naklickiej (“Deszcz”) i Bartosza Kubiaka (“Epizod”) oraz dwóch uczniów kołobrzeskich liceów: Macieja Piątka (LO im. H. Sienkiewicza; fragmenty “Przypowieści o gołębiach”) i Kacpra Pierzaka (LO im. M. Kopernika; “Rovigo”).

Ostatnia, wieczorna część Przeglądu zaczęła się od przypomnienia unikatowego dokumentu filmowego z 1981 roku, nagranego przy okazji premiery “Powrotu Pana Cogito” w Teatrze Starym w Krakowie. Bezpośrednio po nim widzowie zobaczyli na scenie laureatów konkursu recytatorskiego. Młodzi recytatorzy – tym razem na dużej scenie RCK – jeszcze raz, ale przed wymagającą kołobrzeską publicznością, zaprezentowali swoje teksty we wspólnym, przez organizatorów poukładanym programie. A dopiero po jego zakończeniu poznali werdykt Jury i przyjęli dobre słowo od jurorów oraz nagrody (wielce zacne), ufundowane przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Polską Fundację Narodową, wydawnictwo Biały Kruk, Instytut Literatury oraz Stowarzyszenie Katolicka Inicjatywa Kulturalna.

List od siostrzeńca Herberta
Po czym przyszedł czas na lekturę dorocznego listu od Rafała Żebrowskiego, którego odczytania skutecznie podjęła się dyrektor artystyczna Przeglądu Katarzyna Pechman. Każdy, kto miał okazję spotkać się z urokami i zawiłościami składni tych klejnotów epistolografii, które na kolejne edycje festiwalu nadchodzą od siostrzeńca Poety, wie, jak trudne to zadanie. Przedstawiamy Państwu treść owego listu.

DRODZY HERBERTIADOWICZE I HERBERTOŻERCY!
Przychodzi nam znów spotkać się per procuca, a rolę dostojnych posłów zastąpić mają kartki quasi listu. Niby wcale nam to nie pierwszyzna, ale po krótkim zastanowieniu owo medium w kontaktach międzyludzkich okaże się godne głębszego namysłu, więc i namiastką tegoż spróbuję się z Wami podzielić.

Na początek niemal się narzuca nam kontekst, że się tak wyrażę, z zakresu techniki komunikacji. Często z przesadną namiętnością rozprawiamy o pośpiechu naszej cywilizacji, która skazuje nas na używanie coraz to bardziej odciążających narzędzi. Niepostrzeżenie wręcz grzęźniemy w tych ułatwieniach, co zawsze kończy się demoralizacją. Herbert w swej sławnej Elegii na odejście pióra atramentu lampy, nie bez kozery wspomina o “głupiopisach”. Oczywiście czuł się związany z przeszłością i był to wybór męski oraz w pełni świadomy, ale żeby tak od razu pogardliwie się wyrażać o biednym i doprawdy niewinnym długopisie. A jeszcze mnie obejmował zakaz używania nawet pióra wiecznego przy nauce sztuki pisania w szkole podstawowej, pełniącej rolę fundamentu sprawności intelektualnych. Gryzmoląc z trudem drapiącymi stalówkami w lakierowanych, chrzęszczących w zębach jak lukrowane, obsadkach poznawałem tajemnice literotwórstwa, jak niegdyś Pan Cogito na lekcjach kaligrafii (za mych czasów już się to tak nie nazywało), trud rzeźbienia słowa. Jeśli się go zasmakowało w tej męce szlachetnej, a mnie nieudatność w uprawianiu dzieła skrybów bardzo temu sprzyjała, to już nawet późniejsze spryciarskie i radośnie kolorowe pisaki marki “BIC” nie mogły spaczyć człowiekowi charakteru, choć w wodzeniu na pokuszenie Wuj Zbigniew brał udział, śląc takie ponętne przedmioty z Francji. Jak się potem okazało także on był pod wrażeniem i utylitarnej stylistyki, i wygody w używaniu, co nieco uszlachetniło dla mnie przejawianą do nich słabość. Bynajmniej przy tym nie chodzi mi epatowanie Was wspomnieniem, rzeczywiście obrzydliwie siermiężnego czasu socjalizmu, nie wiedzieć czemu, zwanego realnym, choć do dziś wiedzie ludzi na manowce. Chodzi o piętrzącą się od tamtych czasów, że o piórach gęsich nie wspomnimy, całej stromej górze ułatwień, które – o ciężki paradoksie – usprawniając zapisywanie myśli, w istocie odstręczają wręcz od tego typu wysiłku, mowę zamieniają w bełkot i labirynt skrótów. Wychodzi na to, że by mieć poczucie wartości, trzeba się spocić.

Ale, czy jest się nad czym zastanawiać, o co kruszyć kopie? Przecież zmieniają się kanony literackie, mody estetyczne i metody zapisu. Czy przypadkiem utyskując nie szarżujemy na wiatraki, miast na domniemanych olbrzymów, niczym bohater arcyopowieści okaleczonego hiszpańskiego weterana, wyrwanego z saraceńskiej niewoli. Prawda, że obaj, czyli Don Kichote i Cervantes, mimo tych paru wieków są jacyś bardzo współcześni. Dziś moloch tzw. postnowocześności i niesionej przez nią rewolucji antykulturowej zdają się panować na polu bitwy z naszą cywilizacją. Jednym z tego symptomów są młodzi ludzie i nie tylko młodzi, którzy w modlitewnym zachwycie wpatrzeni są w ekrany swych telefonów. Tymczasem sam pamiętam, że stacjonarny aparat, czyli poprzednik komórek i smartfonów, był dobrem wyjątkowo rzadkim i większość społeczeństwa nawet nie miała szans na jego posiadanie. Jedynym zaś znanym mi człowiekiem, który nie chciał jego instalacji w domu, był – a jakże – mój dziadek, Bolesław Herbert. Wyjaśniał spokojnie swej córce, że choć bardzo mu się uśmiecha kontakt głosowy z nią i wnukiem na przysłowiowe życzenie, to jednak równocześnie nie chce, by mu głowę zawracano znienacka i z zaskoczenia.

W istocie telefon jest medium dyskursu bardzo zwodniczym. Wypowiadamy się szybko i nawet, jeśli daną kwestię dawno już przemyśleliśmy, to zdarza się ją wyrecytować całkiem nie w porę. Powinniśmy ze sobą rozmawiać twarzą w twarz i to nie tylko, dlatego, że oczy interlokutora mogą być urzekające. Wymiana myśli i komunikatów z oddalenia zawsze jest w jakimś stopniu kaleka. Wszakoż nie ma rady. Czasem trzeba, ale wówczas sam szacunek dla osoby ludzkiej, zwłaszcza nam bliskiej, powinien skłaniać do dbałości o formę. Do tego od paru tysięcy lat służą listy, o których wielu mówi, jak o kawałku mamuciego gnata, nawet wytrawnemu badaczowi nic ciekawego niemówiącym. Tymczasem epistolografia, jest gatunkiem literackim o niesłychanie pojemnej formule. Jest to mniej lub bardziej osobisty przekaz bezpośrednio adresowany od człowieka do jego bliźniego (przepraszam za wykluczenie biurokratycznych pism, choć i tak ich odbiorcami są mimo wszystko ludzie). Jako taki może być dowolnie kształtowany, a jeśli się zbytnio odejdzie od standardowych jego schematów, to zawsze można mieć nadzieję, że zaciekawiony adresat przyłoży się do rozszyfrowania treści, a zdobyte doświadczenie i przyda mu się, i wzbogaci. Patron tego przeglądu bardzo sumiennie podchodził do gromadzenia swej korespondencji. Co ciekawe, zdarzyło mu się mnie skarcić za przerosty stylizacji. Kiedy poznałem jego własne dokonania w tej mierze, a i mego Dziadka listy doń np. właśnie stylizowane na mniemaną polszczyznę wczesnych Piastów, rodem z bardzo wówczas popularnych powieści Gołubiewa, uśmiałem się setnie z napomnień Wujowych, który z resztą dobrze wiedział, że wówczas ślęczałem nad kazaniami jezuickimi z XVI w. i “mówienie Skargą” było dla mnie cokolwiek naturalne. Także moja Mama, a siostra Poety, mimo sporej sprawności pisarskiej, z trudem i namysłem konstruowała swe listy, zawsze sporządzając brudnopis, często nocą na dyżurach w sanatorium.

Obecnie mamy stan wojny z mikrobami. W zasadzie ta konfrontacja trwa od zarania dziejów, ale kolejne jej akty wzniecają panikę. Współcześnie, w dobie dobrobytu i swobody spełniania wszystkich zachcianek, niemal jak w zwariowanym śnie hedonisty, mamy dobrą okazję, by się porządnie zastanowić, jak się ze sobą komunikować. Musieliśmy, musimy i będziemy musieli ograniczać swe bezpośrednie kontakty ze względów epidemiologicznych, a więc może nadszedł czas, by dokonać rehabilitacji naszych starych listów. Nie chodzi nawet o pisanie ich na papierze – sam mam wstręt do pobliskiej poczty. Jednak mail może być tak samo staranny w sferze formy i myśli, a do człowieka będzie bliżej.

Asumptem do tego, co tu nawypisywałem, jest spektakl, który oparto na korespondencji Herberta z Wisławą Szymborską pt. Wisełka, Fronckowiak i jego Pan, w wykonaniu Magdaleny Warzechy i Aleksandra Trąbczyńskiego (głównego twórcy przedsięwzięcia) oraz Małgorzaty Komorowskiej (na harfie). Z góry mogę zapewnić, że widziałem go i serdecznie polecam, a o Damie grającej noblistkę wręcz powiedziałem po spektaklu, że była lepsza od granej przez się postaci, co podtrzymuję, mając na myśli obraz uroczy i subtelny. Co więcej, takie moje męskie prawo. Ale mam na ów temat także zabawną anegdotę. Otóż zaraz po ukazaniu się książki zawierającej listy, będące kanwą tego przedstawienia, spotkałem pewnego nawiedzonego artystę, który wypalił do mnie: To niemożliwe, by Herbert do Szymborskiej pisywał takie familiarne liściki (wersja przekazu wypolerowana literacko). Był też bardzo zawiedziony, kiedy odparłem: A czemu nie? Chyba mi nie uwierzył i uznał za prowokatora oraz gnębiciela legendy. Otóż przyjrzyjcie się Państwo tym wymienianym przez lata kartkom papieru i pocztówkom nie jako manifestom, ale rozmowie ludzi, którzy świadomi różnic ich dzielących, cenili swe umiejętności. Nie ma pośród nich długich i sążnistych wywodów, a ponury cień stalinizmu został daleko, choć w tle. PRL pewnie dla obojga nie był najwygodniejszym łożem, choć dla Herberta w skali wielogwiazdkowy hotel – Madejowe łoże wyraźnie bliżej narzędzia kaźni dla mazowieckiego zbója. W istocie ta korespondencja, dzięki dowcipowi i stosowanym konwencjom, to taka mała wysepka w czasie i przestrzeni, gdzie zawsze można zwiać, by mieć spokój od brudnych podłości świata tego. Takich miejsc trzeba mieć zawsze parę w zanadrzu, bo inaczej w miarę wrażliwemu biada. Jest więc w tym i przesłanie dla Was drodzy Państwo, na czas codzienny, a zwłaszcza trudny, jak dzisiaj.

Błyskotliwa gra słów
A ostatnim aktem tegorocznego przeglądu było niezwykłe przedstawienie. Literacko-muzyczny spektakl “Wisełka, Frąckowiak i jego Pan” stał się możliwy po ukazaniu się książki “Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”, wydanej staraniem Ryszarda Krynickiego i jego Wydawnictwa a5 w 2018 roku. Czterdziestoletnia korespondencja Zbigniewa Herberta z Wisławą Szymborską, w jakiejś mierze dotycząca publikacji tekstów pana autora przez panią redaktor, pełna jest emocjonującej zmysłowej zabawy, ironii i błyskotliwej gry słów. Aktorzy (chwilę wcześniej jurorzy), Magdalena Warzecha i Aleksander Trąbczyński znakomicie wykorzystali swe umiejętności, by ponad historią zawartą w słowach dwojga poetów opowiedzieć to, co niewypowiedziane i niedopowiedziane: grę poetyckiej inwencji, maski, autoironii i autentycznych poruszeń serca. Pewnie nie dałoby się tego zrobić tak udatnie, gdyby nie trzecia osoba na scenie: harfistka Małgorzata Komorowska, której cudowne palce, przebiegające po strunach tego zdumiewającego instrumentu, wplotły w to wszystko swój własny, skrzący dowcipem i liryzmem komentarz.

Herbertiada 2020 przeszła do historii. Nie daliśmy się wirusowi. Żywo bije nam serce. Chcemy jeszcze.

Partnerami przeglądu byli: Fundacja PZU, Polska Fundacja Narodowa, Fundacja LOTTO im. Haliny Konopackiej, Gmina Miasto Kołobrzeg, ZAiKS, Wydawnictwo Biały Kruk, Polska Żegluga Bałtycka S.A, Instytut Literatury, a także Ognisko Pracy Pozaszkolnej i Regionalne Centrum Kultury im. Zbigniewa Herberta.

Patronat honorowy objęli: Rodzina Zbigniewa Herberta, minister kultury i dziedzictwa narodowego, wicepremier prof. dr hab. Piotr Gliński, wojewoda zachodniopomorski Tomasz Hinc, prezydent Miasta Kołobrzeg Anna Mieczkowska.

 

Tekst.: Wojciech Czaplewski

Foto.: UM Kołobrzeg



Komentarze

avatar