„Dużo bardziej czuje się społecznikiem, a nie politykiem” [ROZMOWA]

Rozmowa z Piotrem Zientarskim otwierającym listę kandydatów Koalicji Obywatelskiej do Sejmu w okręgu 40.

Jak określiłby się Pan jako polityk? Czy jest Pan bardziej konserwatystą, czy liberałem?

Śmiało mogę powiedzieć, że jestem społecznikiem, a nie politykiem. Polityka rozumiana jako partyjna walka nigdy mnie specjalnie nie interesowała. Jako młody adwokat zafascynowałem się działalnością społeczną. Założyłem na przykład klub, który służył dzieciom. Pracowałem też na rzecz towarzystwa niewidomych oraz byłem animatorem kultury. Najważniejszą sprawą zawsze była jednak dla mnie wolność człowieka. Bliskie mi wartości to również poszanowanie ludzkiej godności oraz zasad demokratycznego państwa prawa. Niezwykle istotny jest jednak też szacunek do Kościoła i wartości chrześcijańskich takich, jak uznanie małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety.

Co – mimo zasiadania w opozycji – uważa Pan za swoje największe osiągnięcie tej kadencji?

Wiele osób gratulowało mi wystąpień związanych z pokazywaniem nieprawidłowości w uchwalanym prawie. Później okazywały się one słuszne i władza się z nich wycofywała. Jako opozycja byliśmy pokazywani jako wzorce, które były ignorowane, obśmiewane, ale do których zmuszono rządzących wyrokiem trybunału. To daje satysfakcję.

Jakie wydarzenie z Pomorza najbardziej utkwiło Panu w pamięci?

Sporo było spraw takich typowo lokalnych. Zawsze lobbowałem za drogami S6 i S11. Udało się również uzyskać środki na Lata Polonijne, które odbywały się nie tylko w Koszalinie. Tysiące mieszkańców uczestniczyło w koncertach zarówno w kościołach, jak i w filharmonii. Dostarczyliśmy wielu wzruszeń patriotycznych na najwyższym muzycznym poziomie.

W sejmie pracuje się inaczej niż w senacie. Czy ewentualna zmiana miejsca pracy będzie dla Pana wyzwaniem?

Nie zgodziłbym się, że w sejmie jest większe tempo pracy, wręcz przeciwnie. Senat jest obwarowany terminami ustosunkowania się do propozycji sejmowych. Ostatnio pracowaliśmy nocami. Były wrzutki, które wychodziły szybko z sejmu i oczywiście od razu przychodziły do senatu. Widzieliśmy wszyscy, jak wyglądało uchwalanie ustaw o sądzie najwyższym i sądach powszechnych. Ja jestem przyzwyczajony do szybkiej i bardzo intensywnej pracy legislacyjnej. Przez dwie kadencje przewodniczyłem komisji ustawodawczej senatu. Dlatego też chciano wykorzystać moje doświadczenie na pierwszej linii frontu.

Gdzie właściwie spędza Pan więcej czasu? W Warszawie, czy na Pomorzu?

Kampania rządzi się swoimi prawami. Poza nią myślę, że jest mniej więcej pół na pół. Były jednak takie sytuacje, że na przykład całe dwa tygodnie bez przerwy przesiadywałem w Warszawie. Byłem bowiem przewodniczącym komisji, a także zasiadałem w KRS. Obowiązków było więc wiele i nie można patrzeć na moją pracę jedynie pod kątem posiedzeń plenarnych. Dużo zmieniło się też w ostatniej kadencji. Niekiedy dziennikarze mówią złośliwie ćwierćprawdy, że parlamentarzyści „Co drugi tydzień są dwa czy, trzy dni w pracy i właściwie nic nie robią”. To jest nieprawda.

Jak wygląda Pana zwykły dzień pracy? O której Pan wstaje? Ile czasu Pan pracuje?

W Warszawie pracuje się bardzo intensywnie. Trzeba wstać po szóstej, żeby przed ósmą być w pracy. Przytoczę pewną historyjkę. Pięć lat temu z okazji 25-lecia wolności przyjechała do senatu ekipa telewizji MAX. Uczestniczyli w szeregu różnych spotkań od rana do wieczora. Dziennikarka zapytała mnie: „Czy Pan na jakichś »dopalaczach« biega? Jest 19:00. Jesteśmy zmęczeni. Nagraliśmy już masę materiału i mamy dość”. Naprawdę w stolicy pracuje się bardzo intensywnie od rana do nocy. W Koszalinie jest spokojniej. Jak jednak jest kampania, to też trzeba intensywnie pracować do późnej nocy.

0 0 votes
Article Rating


guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments